Gdy przebiegałem Tower Bridge, ciarki przeszły przez moje ciało, Tomasz Zastawny, Spiropharm Marathon Project, London Bridge, bieganie, London WMM, LondynLondon World Marathon Majors już za nami. Tomek Zastawny, który pobiegł tam pod szyldem Spiropharm jest już w domu. Regeneruje się, odpoczywa i opowiada jak było.

Spiropharm: Jak Londyn?

Tomek Zastawny: Londyn to piękne miasto zachwycające swoją różnorodnością i architekturą. Co prawda była to moja trzecia wizyta w tej metropolii, ale od ostatniego pobytu wiele się zmieniło na plus. Powstało kilka nowych budynków, które świetnie wplatają się w krajobraz miasta. Tym razem nie pojechałem zwiedzać, ale biegać w maratonie.

No właśnie, opowiesz o biegu i jego kulisach, o atmosferze, kibicach, uczestnikach?

Virgin Money London Marathon to jeden z 6 największych maratonów na świecie wchodzących w skład World Marathon Majors. Przygotowania do startu były bardzo dobre. Wykonałem plan treningowy, który miał dać mi złamanie czasu 3:30. Londyn przywitał mnie typową dla tego miasta pogodą – było pochmurno, czasem popadało i wiał wiatr. Wizyta w ogromnej hali wystawienniczej ExCell, gdzie odbierałem pakiet startowy, już pokazywała jaka to wielka impreza i jak fantastycznie zorganizowana. Można było tam spędzić dobrych kilka godzin, ale ważniejszy był odpoczynek przed startem. Niedzielny poranek przywitał mnie promieniami słonecznymi, ale jak już zmierzałem na start niebo się zachmurzyło i zrobiło się chłodno – generalnie idealna pogoda do biegania. Kiedy dotarłem na start, tłumy ludzi przebierały się w stroje startowe, tłumy w kolejce do toalety.

Zapewne emocje sięgały zenitu?

Dokładnie tak. Ostatnie odliczanie i wystrzał oznajmiający start – 40 tysięcy ludzi ruszyło na trasę 42 km i 195 m. Początkowe kilometry rozpocząłem spokojnie, nie chciałem biec z tłumem. Wyprzedzanie wolniejszych zawodników było trudne – stosunkowo wąska droga i masa ludzi. Z jednej strony nogi chciały przyspieszać, ale rozum podpowiadał, żeby nie rozpędzać się za bardzo, to jest maraton, musisz rozłożyć siły, tak żeby przebiec całą trasę w dobrej formie. Atmosfera biegu była niesamowita – tłumy kibiców na całej trasie dopingowały wszystkich zawodników, dzieciaki przybijały piątki, a muzyka grana przez liczne zespoły nadawała rytm biegu. Czułem się fantastycznie – tętno takie jak zakładałem, aczkolwiek wzrastało, gdy mijałem piękne zabytki. Gdy przebiegałem przez Tower Bridge, ciarki przeszyły całe moje ciało, nigdy nie zapomnę tego uczucia…

Powiedz Tomek, czy osiągnąłeś to, co zaplanowałeś? Co z twoją kontuzją?

Tak jak wspominałem, chciałem osiągnąć wynik poniżej 3 godzin i 30 minut, ale celu sportowego nie osiągnąłem. Plany pokrzyżowała kontuzja, która pojawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. Do 32 kilometra wszystko szło zgodnie z założeniami. Początek spokojnie, później przyspieszałem, tak żeby końcowe 12 km pobiec najszybciej. Niestety sport jest nieprzewidywalny i nawet jak jesteś bardzo dobrze przygotowany, może się pojawić coś czego się nie spodziewałeś. Kontuzja lewej łydki spowodowała, że bardzo zwolniłem, każdy krok powodował ogromny ból i pojawiały się u mnie myśli, żeby oszczędzić nogę i zejść z trasy.

Ale nie zrezygnowałeś?

Myślałem też sobie, że nie po to tyle kilometrów przemierzyłem na treningach, wylałem litry potu, nie po to przylatywałem do Londynu, żeby zejść z trasy i nie ukończyć tej wspaniałej imprezy. Pomimo bólu dotarłem do mety. Niestety teraz czeka mnie rehabilitacja, ale mam nadzieję, że szybko wrócę na biegowe ścieżki – nie mogę żyć bez biegania 😉

Tym większe gratulacje i szacunek za postawę. Czego nauczył cię akurat ten start? Czego nowego dowiedziałeś się o sobie?

Start w London Marathon był ciekawym doświadczeniem. Przede wszystkim mam teraz większą pokorę do tego dystansu. Wiem, że na tak długim odcinku może się wydarzyć to, co nieprzewidziane. Na sukces składa się wiele czynników i żeby go osiągnąć wszystko musi współgrać. Czego nowego dowiedziałem się o sobie? Na pewno tego, że mam serce do walki. Na trasie maratonu, kiedy głowa podpowiadała mi, żeby zejść z trasy, serce zdecydowało, żeby ukończyć bieg. To była dobra decyzja – jestem szczęśliwy, że ukończyłem jeden z największych maratonów na świecie.

Najbliższe i dalsze plany biegowe?

Kiedy minąłem linię mety, powiedziałem sobie, że to był mój ostatni maraton: „człowieku po co ci to całe bieganie, po co ten ból, ten wysiłek, tyle wyrzeczeń”. Ale w maratonie jest coś magicznego. Każdy kto ukończy przynajmniej jeden maraton, będzie chciał więcej. I ja też, po paru dniach stwierdziłem, że chce więcej. Postanowiłem, że ukończę 6 największych maratonów na świecie, czyli oprócz Londynu, Nowy Jork, Chicago, Boston, Berlin i Tokio. Zapewne nie zrobię tego szybko, ale mam nadzieję, że zdrowie mi pozwoli na bieganie jeszcze przez długie lata. Teraz przede wszystkim chcę jak najszybciej wrócić do biegania po kontuzji i czerpać radość z tego pięknego sportu.

mm

Ewa Stępień

Certyfikowany trener i coach. Ma za sobą kilkanaście lat pracy w mediach jako dziennikarz medyczny. Zdrowym odżywianiem fascynuje się od kilku lat. Ukończyła kurs dietetyki. Trenuje tai-chi, biega i pływa. Autorka wielu tekstów na temat zdrowego stylu życia na łamach czasopism takich jak Benefit i Focus oraz portalu polki.pl. Zarówno u siebie, jak i u innych skupia się na mocnych stronach. Dostrzega drobne, codzienne sukcesy. Jako health partner pracuje w programie Spirolife Slim oraz Spirolife Active.

Gdy przebiegałem Tower Bridge, ciarki przeszły przez moje ciało
Udostępnij
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *